https://www.przystan.maranatha.pl

Kości w galarecie PDF Drukuj Email

 

Portal Onet.pl - Tygodnik Polityka

 
   

   


NUMER 10/2001 (2288)
 
Kości w galarecie
b

 
Król żelatyny Kazimierz Grabek teraz zmierza do Zgierza
Całkowity zakaz importu do Polski żelatyny wołowej znów zwraca uwagę opinii publicznej na Kazimierza Grabka, który do niedawna kontrolował, w mniej lub bardziej formalny sposób, cały jej rynek. Pozornie król żelatyny został zdetronizowany. Za chwilę jednak objawi nam się jako zbawca, który uratuje od upadku polski przemysł spożywczy.  
JOANNA SOLSKA
 
Żelatynowe imperium Grabka rosło w siłę tylko dzięki nadzwyczajnej opiece polityków, którzy skutecznie odsuwali od tego niepozornego produktu potencjalnych konkurentów. W 1995 r. premier Waldemar Pawlak wprowadził opłaty wyrównawcze, dzięki którym polscy producenci żelatyny (czyli K. Grabek) mogli podnieść jej ceny o 80 proc. Rząd AWS-UW przebił jednak Pawlaka hojnością i na początku 1998 r. wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny w lęku przed BSE. Szybko jednak okazało się, że jest to nie tyle troska o konsumentów (żelatyna wieprzowa, drobiowa czy rybna nie zawiera przecież prionów, więc nie ma powodów zamykać przed nią granic), co o interesy monopolisty, który – o czym zaczęła szeroko informować prasa – odwdzięcza się politykom, finansując przedwyborcze kampanie.

Solidarność elit politycznych w ukrywaniu finansowych sponsorów jest jednak wielka, więc tak naprawdę nie zostało wyjaśnione, jaka partia, kiedy i jaką sumą została zasilona. W podejrzeniach utwierdzało jednak nie tylko zdumiewające zachowanie najwyżej postawionych osób, mocno zaangażowanych w obronę interesów króla żelatyny, ale też fakt, że nadzwyczaj chętnie udzielało mu ogromnych kredytów kilka państwowych wtedy banków, nawet nie sprawdzając jego wiarygodności i nie domagając się ich zwrotu, gdy rezygnował z oddawania długów.

kosci


Długą historię kredytową Kazimierza G. drobiazgowo prześledził Leszek Kraskowski z „Rzeczpospolitej”. Procesów o zniesławienie nie było. Pierwszy, jeszcze w socjalizmie, kredytował rolnika Kazimierza Grabka Bank Spółdzielczy w Grójcu. Kiedy bankowi zabrakło pieniędzy, w sprawie rolnika interweniował Komitet Centralny PZPR i pieniędzy dosypano z województwa. Kredytów, o łącznej wartości kilkudziesięciu milionów złotych, udzielały królowi żelatyny BGŻ, Bank Handlowy, Pekao SA. Nie zostały zwrócone. W czerwcu 1998 r., a więc już po wybuchu afery żelatynowej, NIK – w wyniku kontroli Pekao SA – powiadomiła prokuraturę o przestępstwie pracowników banku, którzy udzielali K.G. pożyczek nawet bez sprawdzania jego zdolności kredytowej. Prokuratura śledztwa nie wszczyna. Izba jednak odwołuje się do sądu, który nakazuje prokuraturze zająć się sprawą. Było to w połowie 1999 r.

– Do tej pory wokół sprawy jest cicho – mówi Ireneusz Pluta z NIK. – Prokuratura ma kłopot, skoro przedstawicielka Pekao SA, który nie był w stanie odzyskać tak wielkich sum, stwierdziła przed sądem, że bank nie czuje się poszkodowany. Śledztwo jest przecież prowadzone przeciwko pracownikom Pekao SA, nie zaś przeciwko dłużnikowi. Sam bank nie usiłuje odzyskać tych pieniędzy.

W strefie specjalnej

W czasie trwania afery żelatynowej, a więc na początku 1998 r., Kazimierz Grabek kontrolował wszystkie trzy fabryki w kraju: swoją w Głuchowie, Żelatynę SA w Puławach (gdzie formalną właścicielką ponad 90 proc. udziałów była jego córka Anna Grabek) oraz zakład w Brodnicy, będący wówczas spółką pracowniczą, z formalnym inwestorem strategicznym Józefem Dziobakiem. Imperium kwitło, dopóki rząd utrzymywał blokadę granic przed żelatyną z importu. Po zniesieniu embarga K. Grabek stracił serce do żelatyny.

Coraz gorzej radziła sobie pod szefostwem Józefa Dziobaka dzierżawiąca państwowe urządzenia spółka pracownicza w Brodnicy. Nie wywiązywała się z zobowiązań inwestycyjnych i w końcu Skarb Państwa wypowiedział jej umowę. Ale firma nie padła. Kilkudziesięciu pracowników znalazło na miejsce Dziobaka nowego inwestora strategicznego, miejscowego właściciela sieci sklepów, Marka Hildebrandta. Brodnickie Zakłady Żelatyny stały się spółką z o.o., która przejęła dzierżawę urządzeń.

– Jesteśmy w stanie zrobić na nich najwyżej 40 ton miesięcznie – mówi Marian Szkamruk, obecny prezes zakładu. – Sprzedajemy na pniu, a ponieważ wytwarzamy tylko żelatynę wieprzową, zapotrzebowanie jest wielokrotnie większe. Ale już dzwonią do nas ludzie, pytając, ile trzeba zapłacić za nową linię technologiczną do produkcji.

Sama spółka na razie o rozbudowie firmy nie myśli. Problemem są nie tylko pieniądze, ale i brak surowca. Żelatynę wieprzową robi się ze świeżych świńskich skór, a to jest surowiec deficytowy. Można z niego zrobić zarówno buty, jak i parówki.

Z Żelatyny SA w Puławach ludzie Grabka wywożą dziś resztki złomu. Zakład nie pracuje od dwóch lat, a ostatnia fala kilkudziesięciu pracowników, zamiast odprawami, pociesza się wyrokiem Sądu Pracy. Pilnują komornika, który będzie wkrótce licytował oczyszczalnię ścieków. W razie sprzedaży może uda się odzyskać choćby dziesięć procent należności.

Jednym z wierzycieli puławskiej Żelatyny jest Zdzisław Borzecki, któremu – zgodnie z wyrokiem sądu – należy się ponad 5 tys. zł odprawy. Jest też jednym z 2 proc. grona udziałowców pracowniczych. Kiedyś jego udział wart był 540 zł, teraz może go sobie powiesić na ścianie.

Zdzisław Borzecki nigdy w Puławach nie oglądał Anny Grabek, jej ojca czasami. – Zarządzał przez Kamińskiego, który formalnie był szefem rady nadzorczej – wspomina Borzecki. – To 81-letni staruszek, którego sąd za zaniedbania pozbawił na cztery lata prawa do zajmowania stanowisk kierowniczych. Zaniedbanie polegało na tym, że niezabezpieczone zbiorniki z kwasem w każdej chwili mogły spowodować masowe zatrucie mieszkańców Puław.

Według Borzeckiego, Puławy były nowoczesnym zakładem, pracującym na angielskiej licencji. – Nagle okazało się, że te maszyny nie należą już do Żelatyny SA i nawet nie do Anny Grabek, ale do tatusia – mówi Borzecki. Ponoć Żelatyna SA była mu winna za dostawę kości i odebrał sobie w maszynach, które przewiózł do Zgierza. Około 160 osób straciło pracę w Puławach nie dlatego, że zakład nie mógł sobie poradzić z zagraniczną konkurencją, ale dlatego, że puławskie linie technologiczne potrzebne były w Zgierzu.

Z otwartymi ramionami Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna powitała Kazimierza Grabka jako biznesmena, który pomoże uwolnić region od zmory bezrobocia. Za to, że będzie w Zgierzu produkował żelatynę, został zwolniony na dziesięć lat z podatku dochodowego, po upływie tego okresu płacić zaś będzie tylko połowę należności. Nie pomogły argumenty byłych pracowników Żelatyny SA, którzy przyjechali do Zgierza, przekonani, że władze miasta nie wiedzą o losach Żelatyny puławskiej. Zgierz uznał jednak, że bezrobocie miejscowe jest dla niego ważniejsze niż puławskie.

Zagmatwana sprawa

W Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej dowiaduję się, że K. Grabek otrzymał zwolnienie podatkowe pod warunkiem, że w fabryce żelatyny zatrudni co najmniej sto osób i zainwestuje 2 mln euro. W biznesplanie obiecywał zainwestować 9 mln euro i zatrudnić 500 osób. Pracownica strefy mówi, że w jednym zespole budynków (wykupionym od byłych zakładów chemicznych Boruta) działa kilka fabryk pana Grabka i jego córki i w ogóle sytuacja jest bardzo zagmatwana.

Skąd król żelatyny wziął 2 mln euro, skoro nie jest w stanie spłacić nawet wcześniej zaciągniętych pożyczek?

Okazuje się, że dziesiątki milionów złotych nieoddanych kredytów nie są przeszkodą w zaciąganiu następnych. Oczywiście, nie w prywatnych bankach, które dobrze pilnują swoich pieniędzy. Tym razem ładnym groszem sypnął Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska w Łodzi, który firmie Grabek Industry (w funduszu słyszę, że właścicielką jest Anna Grabek) udzielił preferencyjnego kredytu (czyli o około połowę tańszego od komercyjnego) w wysokości aż pięciu milionów złotych.

Jan Olech, wiceprezes WFOŚ i GW w Łodzi wyjaśnia, że kredyt preferencyjny (a więc niżej oprocentowany) został udzielony na budowę zakładów utylizacji odpadów poubojowych w specjalnej strefie ekonomicznej pani Annie Grabek, która jest właścicielką firmy Grabek Industry. Nie mylić z firmą Grabek Industries, której właścicielem jest Kazimierz Grabek. Odpady poubojowe stanowią ogromne zagrożenie epidemiologiczne dla środowiska. 5 mln zł pożyczono więc pani Grabek z ochotą. Mimo że – jako studentka – cały czas przebywa w Wiedniu. Na produkcję żelatyny fundusz pożyczać nie może.

Pan wiceprezes nie czytał licznych publikacji prasowych o tym, jak niesolidnym dłużnikiem jest K. Grabek. O pożyczone pieniądze się nie boi, ponieważ A. Grabek, oprócz programu inwestycji, przedstawiła także zabezpieczenie. Jakie? To tajemnica bankowa. W każdym razie zakład utylizacji odpadów w Zgierzu przy ul. Konstantynowskiej musi ruszyć przed końcem marca br. i miesięcznie będzie przerabiał 50 tys. ton odpadów poubojowych.

Dla wojewódzkiego lekarza weterynarii w Łodzi najbardziej zagadkowe jest to, że tak wielki zakład utylizacji (w ciągu miesiąca musiałoby tu podjeżdżać co najmniej 2,5 tys. ciężarówek z odpadami) miałby się mieścić w bezpośrednim sąsiedztwie fabryki żelatyny, która powinna być od niego odizolowana. Jego zdumienie potęguje fakt, że nikt z funduszu nie konsultował z nim tej sprawy przed udzieleniem kredytu.

Marek Pyka, prezes Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, wylicza, że w Zgierzu inwestuje Grabek Industries, której właścicielem jest K. Grabek. Firma ta otrzymała zezwolenie na przetwórstwo spożywcze, w tym produkcję żelatyny. Produkcja ruszyła w zeszłym roku, wtedy też zostały wystawione pierwsze faktury. Zezwolenia na inwestowanie w strefie bezpodatkowej otrzymały od Ministerstwa Gospodarki też cztery firmy Anny Grabek, jego córki. Są to: Konsumprod sp. z o.o., Premium sp. z o.o., Premium spółka jawna oraz PPH MG sp. z o.o. Natomiast z pewnością żadna firma o nazwie Grabek Industry, której właścicielką jest A. Grabek, nie buduje w strefie zakładu utylizacji odpadów poubojowych.

Anny Grabek nikt z pracowników strefy do tej pory nie widział na oczy.

Pani, która odbiera telefon w fabryce żelatyny w Zgierzu, nie odpowie dziennikarzowi na żadne pytanie. – Szef nie pozwolił – stwierdza kategorycznie.

– Szef, czyli kto?

– Do widzenia.

Annę Grabek zastaję w jej wiedeńskim mieszkaniu. Na pytanie: gdzie zamierza budować swoją fabrykę utylizacji odpadów poubojowych, odpowiada, że nie zamierza rozmawiać przez telefon.

– Gdzie można panią w Polsce zastać? – Nie rozmawiam z dziennikarzami.

W urzędzie miejskim w Zgierzu dowiaduję się ze zdumieniem, że ani pani Anna Grabek, ani jej firma Grabek Industry nie składała wniosku o wydanie decyzji na temat warunków zabudowy zakładu utylizacji odpadów poubojowych. Decyzję, ale tylko na produkcję żelatyny i dodatków spożywczych, otrzymał natomiast Kazimierz Grabek dla swojej firmy Grabek Industries.

Okazuje się więc, że Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej pożyczył 5 mln zł na budowę wielkiego zakładu utylizacji odpadów, który ma ruszyć do końca marca 2001 r., ale do tej pory nikt nie zrobił pierwszego wymaganego przepisami kroku, aby rozpocząć proces inwestycyjny.

Król mieszanek

Jeden z moich rozmówców, były importer żelatyny, który teraz jest już tylko jej konsumentem, więc chciałby się czuć bezpieczny, uważa, że rząd dużo mówi, ale robi niekoniecznie wszystko, co powinien, aby ustrzec społeczeństwo przed BSE. – Dobrze, że zakazano importu mięsa, żelatyny wołowej i mączki kostnej, dodawanej do pasz – mówi. – Dlaczego jednak nie wprowadzono zakazu wjazdu do Polski kości, skór czy śruty kostnej, z których robi się żelatynę? Zwolniona z podatków fabryka żelatyny w Zgierzu może, najzupełniej zgodnie z prawem, przerabiać zagraniczne, niekoniecznie wolne od BSE, odpady, zaś polscy konsumenci będą przekonani, że spożywają polski bezpieczny produkt.

Andrzej Komorowski, główny lekarz weterynarii, potwierdza, że nie ma zakazu wwozu kości do Polski i dziękuje za zwrócenie uwagi na ten problem.

Lekarz powiatowy w Zgierzu nie ma pojęcia, z czego na jego terenie będzie produkowana żelatyna. Wie natomiast, że oficjalnie fabryka jeszcze nie ruszyła. Najpóźniej tydzień przed startem

K. Grabek będzie go musiał o tym powiadomić, podobnie jak sanepid i inne służby. Mieszkańcy Zgierza twierdzą natomiast, że produkcja żelatyny ruszyła, bo śmierdzi.

Zakaz importu żelatyny wołowej i mieszanej spowodował kłopoty w całej branży spożywczej. Żelatyny czy zawierających ją tzw. zagęstników używa się do produkcji jogurtów, twarożków, konserw, galaretek, słodyczy, farmaceutyków, a nawet wina. W tej chwili w Polsce żelatynę produkuje tylko Brodnica. Na uruchomienie fabryki w Zgierzu czekają więc tysiące małych producentów, choć – na szczęście – mimo początkowych zapowiedzi nie zamknięto granic przed żelatyną wieprzową.

 – Ale Grabek i tak znów będzie monopolistą – twierdzi Zbigniew Nowak, właściciel firmy Nova International, która produkuje mieszkanki spożywcze z udziałem żelatyny. – Wołowa ma o wiele lepsze walory użytkowe niż wieprzowa. Na przykład jogurt z dodatkiem wołowej jest gęsty i apetyczny, zaś z wieprzową, zwłaszcza w wyższych temperaturach, jest rozrzedzony. Grabek, jako jedyny w kraju, będzie miał dostęp do żelatyny wołowej i teraz już sam może z niej wytwarzać mieszkanki spożywcze. Jak zwykle, pod parasolem państwa, bo znów bez podatku. Ktokolwiek zechce z nim konkurować, już z podatku zwolniony nie będzie.