Swąd spalenizny Drukuj

 

Portal Onet.pl - Tygodnik Polityka

 

   


NUMER 10/2001 (2288)
 
Swąd spalenizny

 
Po szaleństwie wokół BSE europejskie rolnictwo nie będzie już takie jak było
Wielkie Żarcie trwa. Mimo BSE. Na tegorocznym Zielonym Tygodniu w Berlinie był tłok jak diabli. Można było w stylu Marlboro skosztować steku z bizona albo po lapońsku – z łosia, albo jeszcze – po australijsku – z krokodyla. Kobiety pędziły, by obejrzeć „Kwietne piekło na wulkanie”, a także ekspozycję koni, mężczyźni stawali przy chłopskiej zagrodzie z krówkami, świnkami i kurkami, prosto z klasycznej literatury dla dzieci: „Kocia Mama”, „O szczęśliwym chłopcu”. I wszystko podlane ideowym sosem: biosmakołyki, zdrowa żywność, przyjazny zwierzętom chów bydła, ekologiczna uprawa.  
ADAM KRZEMIŃSKI Z BERLINA
 
Ale politycy i rolnicy na podiach rozmawiali o czymś zupełnie innym, o setkach tysięcy szalonych krów wiezionych do rzeźni i palonych na stosach, o świniach faszerowanych antybiotykami, o ziemi trutej sztucznymi nawozami, o pożeraniu małych gospodarstw przez wielkich producentów oraz o premii herodowej – wypłacanej przez UE za wyrzynanie cieląt.

A przybyli najważniejsi: komisarz UE ds. rolnictwa Franz Fischler, nowa, „zielona”, minister rolnictwa Renate Künast i kto tylko jeszcze chciał mieć coś do powiedzenia o reformie europejskiego rolnictwa oraz rolnicy zapowiadający, że przegonią przeznaczone do likwidacji stada szosami i autostradami. Niech zwierzęta popatrzą sobie na ten najpiękniejszy ze światów. A tymczasem w Zielonym Tygodniu ogłoszono, że w Niemczech już 24 krowa zapadła na BSE. Do końca roku będzie 500, twierdzi pani minister...

Przed szkodą

Epidemia BSE jest zagrożeniem i zarazem szansą. Optymiści twierdzą, że może pomóc przestawić absurdalną politykę rolną Unii Europejskiej (CAP) w kierunku gospodarki ekologicznej,  a także zwiększyć szanse Polski, gdzie krowy jeszcze nie oszalały, na wypełnienie luk na rynku wołowiny. Pesymiści uważają jednak, że kryzys związany z BSE jedynie usztywni dotychczasowe struktury, a w dymie niszczonych stad rozwieje się również nasza nadzieja na szybkie doskoczenie do Unii, ponieważ pieniądze przeznaczone na wsparcie naszego rolnictwa będą przejadane przez zachodnich hodowców opłacanych za niszczenie swego bydła.

Na razie przy stosach ofiarnych szalonych krów kapłani unijnej polityki rolnej odprawiają swe programowe modły. Eksperci twierdzą jednak, że po raz pierwszy istnieją szanse na skokową zmianę tej polityki, w której niemal połowę budżetu UE (ponad 80 mld euro rocznie) pochłania rolnictwo zdominowane przez wielkoprzemysłową produkcję roślinną i zwierzęcą, trujące środowisko środkami chemicznymi i czyniące z roślinożernych zwierząt kanibali. Teraz – zasłaniając się BSE – można zmniejszyć subwencje również w innych działach rolnictwa, co skądinąd jest warunkiem rozszerzenia Unii na wschód, gdyż przy obecnych stawkach nasze wejście do UE jest mało realne.

Politycy rzadko kiedy potrafią zapobiec zagrożeniu, zwykle nerwowo reagują już po szkodzie. Ale teraz mają szansę. W końcu BSE nie jest niczym nowym. Pierwszy znany przypadek infekcji krowy przez priony BSE odnotowano w Anglii w lutym 1985. Do 1988 r. – w którym rząd zakazał podawać bydłu mączkę kostną – padło 2100 zwierząt.

Zaraza na kontynencie uchodziła początkowo za wyłącznie angielską chorobę, choć już dziesięć lat temu, w lutym 1991 r., przeskoczyła kanał La Manche. Najpierw przypadek BSE odnotowano we Francji, rok później – w Niemczech. W 1996 r. stwierdzono podobieństwo między szaleństwem krów a przebiegiem choroby von Creutzfeldta-Jakoba atakującej mózg, na którą zmarła trójka młodych Anglików. UE wprowadziła zakaz importu wołowiny i mączki kostnej z Wielkiej Brytanii. Embargo okazało się jednak dziurawe, a już w 1999 r. zostało cofnięte.

Tymczasem zaczęła rosnąć liczba zmarłych na chorobę vCJ: w 1996 – 10 osób, w 1998 – 18, w 2000 – 29. Ofiarami byli nie tylko mieszkańcy Wysp Brytyjskich i nie tylko ludzie młodzi. W listopadzie ubiegłego roku brytyjscy lekarze oświadczyli, że w najbliższych latach należy się liczyć ze 136 tys. wypadków śmiertelnych. Gdy w latach 1999–2000 epidemia ogarnęła Francję, Niemcy, Portugalię, Szwajcarię, a nawet uznaną za bardzo ekologiczną – Danię, zaczęto otwarcie mówić o Czarnobylu europejskiego rolnictwa.

Lęk przed BSE rozstroił rynek mięsny w Europie. Niemal o jedną trzecią zmalał popyt na wołowinę i o tyleż spadły ceny. Niektórzy rzeźnicy zapowiedzieli, że będą testować każdą zarżniętą krowę. Ale przy 85 mln sztuk bydła w krajach UE jest to niewykonalne. Testy są drogie i niedokładne. Pozostaje zatem cięcie radykalne; zniszczenie stad, w których znaleziono zarażone krowy. Ten bydlęcy gambit dofinansowuje Bruksela. Sama Wielka Brytania otrzymała w latach dziewięćdziesiątych 4 mld euro na wyrównanie strat brytyjskim hodowcom bydła. Teraz dojdą wydatki na niszczenie krów niemieckich, a może także i w innych krajach.

Choroba szalonych krów może spowodować niewyobrażalne – radykalną zmianę CAP. Ale wspólna polityka rolna UE jest jak supertankowiec, możliwe są tylko niewielkie korekty kursu, na zwrot trzeba miejsca i czasu, a dotychczasowi odbiorcy największych subwencji z brukselskiej kasy – przede wszystkim Francja – nie bardzo są skorzy do ograniczeń. To dlatego uchwalona w Berlinie w 1999 r. Agenda 2000, ustalająca zasady polityki rolnej UE do 2006 r., otworzyła przed kandydatami jedynie wąską furtkę. Prawdziwe zmiany może wywołać tylko terapia szokowa. I właśnie takim szokiem, poza rozszerzeniem Unii na wschód oraz protestami Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO) przeciwko europejskiemu protekcjonizmowi, który już kilka razy zarysowywał widmo europejsko-amerykańskiej wojny celnej, jest BSE.

Niepotrzebne góry

Teoretycznie teraz właśnie jest okazja do odejścia od szaleństwa intensywnej produkcji rolnej już tyle razy tworzącej w krajach dawnej EWG i dzisiejszej UE „góry masła” czy „morza mleka”, premiującej wielkich producentów i likwidującej małe gospodarstwa rolne, niszczącej naturalne środowisko i łamiącej prawa natury. Powinno to być o tyle łatwiejsze, że epidemia BSE uderzyła właśnie w Niemcy, kraj, którym rządzą dziś socjaldemokraci i Zieloni, którzy wygrali wybory w dużej mierze dzięki hasłom ekologicznym. Ale przejść od wielkich fabryk mięsa, w których tuczne zwierzęta całe życie stoją w ciasnych boksach, do klasycznej romantyki chłopskiej zagrody z bocianem na dachu jest równie trudne jak wyjście z energii atomowej, ekologiczne podniesienie cen benzyny i wprowadzenie alternatywnych źródeł energii.

Nierealne marzenia

Rzecz w tym, że produkcja ekologiczna jest wciąż o 30 proc. droższa od produkcji masowej, wymaga większego nakładu pracy i – co najgorsze – stanowi margines w zainteresowaniach konsumentów na tyle, że wielkie sieci supermarketów w ogóle jej nie chcą przyjmować. Wciąż jeszcze konsument woli niską cenę niż wysoką jakość żywności. Przed gorączką BSE w Niemczech jedynie 2,4 proc. konsumentów kupowało żywność. ekologiczną. Nawet optymiści uważają, że jeśli uda się osiągnąć 10 proc. do 2005 r., to będzie przełom.

Kopernikański przewrót w rolnictwie nie jest jedynie sprawą zmiany kultury żywienia, ale przede wszystkim kwestią socjalną i ekonomiczną. Jedną ze sprężyn powojennej rewolucji konsumpcyjnej była właśnie tania, a więc masowo produkowana żywność. To pozostawiało w koszyku więcej miejsca na produkty techniczne i usługi. Trudno sobie wyobrazić, by zwłaszcza mniej zamożni byli gotowi wrócić do struktury konsumpcji z lat pięćdziesiątych, kiedy to robotnik za godzinę pracy mógł kupić 8 jajek, a nie 136 jak dzisiaj.

We wszystkich krajach UE rolnictwo ekologiczne zajmuje jedynie margines terenów uprawnych. W najbardziej zaawansowanej ekologicznie Austrii 10 proc., w Niemczech zaledwie 2,6. Niemieccy ekolodzy od dziesięciu lat marzą o małych rodzinnych gospodarstwach rolnych, ale byłe PGR-y w Meklemburgii i Brandenburgii stanowią skuteczną konkurencję dla małych gospodarstw np. w Bawarii. Ostatnio jednak to właśnie one starają się przechodzić na produkcję ekologiczną. Częścią ekologicznej terapii szokowej jesteśmy również my. Jako postrach. „Polskie gospodarstwa rolne mają często dwie, trzy sztuki bydła, krowy są wypasane na pastwisku, na pasze treściwe często brak pieniędzy. Jest natomiast wiele przestrzeni dla bliskiej naturze hodowli drobiu i wiele siły roboczej – idealne warunki wyjściowe dla prowadzenia gospodarki ekologicznej”, pisze „Spiegel”. Nie brak jednak i opinii odwrotnej – na przykład we „Frankfurter Allgemeine”. Jego zdaniem polskie rolnictwo w czasie kryzysu BSE nie jest dla zachodniego żadnym ekologicznym konkurentem, lecz zagrożeniem ze względu na nieszczelny system kontrolny. W Polsce nie ma BSE, bo jest mało testów, trudno sobie wyobrazić, by BSE zatrzymała się na tym strumyku, jakim jest Nysa Łużycka – można było usłyszeć na Zielonym Tygodniu...

Nie należy tych głosów zbytnio przeceniać, ponieważ zasadnicza kłótnia o politykę agrarną Unii toczy się jednak w samej UE między wielkimi producentami, którzy wciąż są najbardziej uprzywilejowani, a drobnymi wytwórcami. Nie ma nic błędniejszego niż wyobrażenie, że wszyscy rolnicy – wielcy i mali, hodowcy bydła i winiarze, chłopi z okolic podgórskich i farmerzy z nizin – stanowią jedną „wspólnotę losu”, pisze „Le Monde Diplomatique”, oskarżając francuski Związek Producentów Rolnych (FNSEA) o to, że kierująca nim „mafia z Wandei” w gruncie rzeczy trzęsie polityką rolną we Ferancji nie dopuszczając do ekologicznej reformy. We Francji 20 proc rolników zgarnia 62 proc. subwencji w wysokości 73 mld franków.

Gdy się przegląda w tych dniach relacje z różnych krajów objętych zarazą BSE, to można pomyśleć, że oto odżywa stary europejski konflikt między wielkimi posiadaczami ziemskimi i – jak to się u nas mówiło – chłopami małorolnymi. Ale to nieprawda. W ciągu ostatniego półwiecza ci małorolni niemal zniknęli. Po wojnie we Francji było 2,3 mln gospodarstw rolnych i 28 proc. chłopów pracowało w gospodarstwach o przeciętnej wielkości 2,8 proc. Dziś gospodarstw jest już tylko 680 tys. Jeszcze bardziej drastyczne zmiany nastąpiły w Niemczech. Dopóki rozwój przemysłu i usług wchłaniał każdą liczbę ludzi odchodzących z rolnictwa, „wymieranie chłopstwa” było zjawiskiem może smutnym, ale obojętnym.

Bez powrotu

Teraz, gdy walka z bezrobociem na długo będzie piętą achillesową każdego rządu, pojawia się nowy argument: A może w ekologicznej produkcji uda się ulokować trochę „zbędnych ludzi”? Wielu twierdzi, że to nadzieje płonne. Na wsi nie będzie zbyt wiele nowych miejsc pracy. W dodatku gwałtowne rozszerzenie sektora ekologicznego jest mrzonką. Friedrich Kuhlmann z instytutu rolniczego w Giessen twierdzi, że w warunkach gospodarki ekologicznej rolnictwo niemieckie zaspokoiłoby potrzeby Niemiec jedynie w 40–50 proc. Minister rolnictwa Renate Künast uważa, że sukcesem będzie, gdy uda się 10 proc. niemieckich terenów rolnych objąć produkcją ekologiczną.

Na razie jest problem stad bydła. Po stwierdzeniu w Niemczech 24 przypadków choroby BSE Unia Europejska postanowiła wybić i zniszczyć do maja 400 tys. sztuk niemieckiego bydła starszego niż 2 lata. I nie chodzi tu o BSE, ponieważ większość tych krów jest zdrowa. Tyle że nikt ich nie chce. Nie opłaca się też przebadać ich po zabiciu, przetworzyć i przechować w chłodniach. Komisarz UE ds. rolnych Franz Fischler przestrzegał na Zielonym Tygodniu, że BSE może rozsadzić budżet Unii, ale komisarz ds. budżetowych pani Michaele Schreyer uważa, że pieniądze na „herodową premię” wypłacane za wybijanie cieląt się znajdą, ale dopiero po zmniejszeniu subwencji w innych dziedzinach unijnego rolnictwa.

W sumie BSE nie ułatwia naszego marszu do Unii. Nasi partnerzy są zajęci sobą i mają dodatkowy pretekst, żeby mówić tak: dopóki nie wiadomo na pewno, że Polska jest czysta, to również pozostaje w promieniu ryzyka. Dużo wody przepłynie jeszcze Odrą i Nysą nim Pomorze stanie się polskim Teksasem czy polskimi pampasami, skąd wielkie stada będą pędzone do zachodnich rzeźni. Kiedyś tak było. Przed wiekami stada z Podola były przez Lwów, Kraków, Wrocław i Drezno pędzone do Lipska. Kto wie, może coś z tego wróci?